wtorek, 28 czerwca 2016

Botwinka nietypowa


Wiem wiem, to już się robi nudne - kolejna odsłona buraka. Ale teraz taka pora na świeżego buraka, a jak wiadomo trzeba jeść to co sezonowe, bo jest najświeższe i ma najwięcej wartości odżywczych. Tak więc zgotowałem takie małe dzieło w postaci zupy botwinki, ale w opcji full vegan.

Składniki:
- 2 pęczki botwinki
- 1 cebula
- kilka ziemniaków
- włoszczyzna
- małe mleczko kokosowe
- curry, sól, pieprz

Na dno dużego garnka wlewam olej i podsmażam drobno pokrojoną cebulkę. Gdy cebula się zeszkli zalewam to wodą i dodaję włoszczyznę. Osobiście lubię wszystkie warzywa z zupy więc siekam drobno selera, pietruszkę i marchewki i gotuję aż powstanie wywar.

Po przygotowaniu wywaru dorzucam pokrojone w kostkę ziemniaki i zalewam mleczkiem kokosowym. Dodaję carry, sól i pieprz. Po około 15 minutach dodajemy świeżo pokrojone buraki i gotujemy około 2 minuty.


Zupa to trochę taki "multi-kulti", ale curry i mleczko kokosowe dodaje jej charakteru.


piątek, 10 czerwca 2016

Vege Schabowe w Wawie


   Kilka dni temu udaliśmy się do miejsca, które zwie się "Lokal Vegan Bistro". Miejsce na Warszawskiej ulicy Kruczej. Kiedyś już tam byliśmy, bo ciekawił nas smak tego wegańskiego schabowego, ale niestety wtedy już "wyszły" i obeszliśmy się smakiem. Teraz się udało...

   Lokal jest średniej wielkości o raczej surowym wystroju. Obsługa jest miła. Wadą miejsca jest duże stężenie stolików, przez co jest trochę ciasno.



   Zamówiliśmy krem z pieczarek i legendarne "schabowe". Krem był smaczny, gęsty i bardzo duży. Schabowe w wiosennej odsłonie z młodymi ziemniakami i mizerią. Nie wiem z czego był zrobiony kotlet, trochę to wyglądało i smakowało jak seitan w panierce. Jest to ciekawa kompozycja, smaczna, ale jak dla mnie nie rewelacyjna w smaku. Jedząc wegańsko bardziej nastawiam się na "zdrowie" potrawy, a zesmażony seitan w panierce w oleju średnio mi podszedł.


   Lokal jest w samym centrum miasta, jak na lokalizację to cenowo wypada bardzo dobrze. Zwiększyłbym tylko rozmiar lemoniady, za 5zł dostajemy małą szklankę a w ciepłe dni to stanowczo za mało. Czy jeszcze kiedyś odwiedzimy LVB? Pewnie tak, jak w "krowie" będą zbyt duże kolejki z chęcią potestujemy inne pozycje z menu. ;)


niedziela, 5 czerwca 2016

Kotlety prawie wołowe


   Kolejny sposób na buraka - buraczane kotlety, mega smaczne. Kotlety możemy użyć do obiadu, do kanapek, do sałatek...

Składniki:
- 4 duże buraki
- szklanka kaszy jaglanej
- 3 ząbki czosnku
- 1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej
- łyżka siemienia
- 4 łyżki oliwy z oliwek
- natka pietruszki

Przyprawy:
- łyżeczka soli
- świeżo mielony pieprz
- chilli
- tymianek


Surowe buraki trzemy na tarce o dużych oczkach, dodajemy ugotowaną kaszę i wszystkie inne składniki. Mieszamy w misce 3-4 minuty aż uzyskamy jednolitą masę.
Formujemy kotleciki i pieczemy około 30 minut, gotowe :)



poniedziałek, 30 maja 2016

Szparagi z fusilli



Mamy sezon na szparagi, a jak wiadomo najlepiej jeść to co sezonowe i zdrowe. Dzisiaj wyczarowałem jak się okazało smaczne i szybkie szparagowe danie.

Składniki (2 porcje):
- paczka zielonych szparagów
- 200g pełnoziarnistego makaronu fusilli
- mała puszka mleczka kokosowego
- płatki drożdżowe (opcja wegan) 
- ser grana padano (opcje wege)
- łyżeczka kurkumy
- czarny pieprz
- sól do gotowania

Do przygotowania tego dania potrzebujemy dwa garnki i małą patelnię. W garnkach gotujemy szparagi oraz makaron, a na patelni robimy sos serowy.
Szparagi zielone nie wymagają obierania a jedynie odcięcia końcówek, ja odcinałem około 3cm i gotowałem je już pokrojone 10min.

Sos robi się bardzo łatwo - na patelnię wylewamy mleczko kokosowe, dodajemy płatki lub ser, kurkumę oraz pieprz i podgrzewamy około 5min aż zgęstnieje, stale mieszając.

Makaron i szparagi umieszczamy na talerzu, polewamy sosem i gotowe. Szybko i smacznie.

piątek, 27 maja 2016

5 lat na diecie




     To było dokładnie 5 lat temu. W 2011 ważyłem 118kg i miałem kontrolne badania lekarskie do pracy. Lekarz mnie poinformował, że mam nadciśnienie, wyniki krwi odbiegały od normy, generalnie czułem się źle. Dostałem recepty na jakieś leki na nadciśnienie z zaleceniem codziennego łykania. To był ten moment w którym zdałem sobie sprawę, że tak być nie może, że zdrowie to coś cennego o co „dbać trzeba, pielęgnować jak ogród”. Wystraszyłem się słów lekarza, nie chciałem być 30 latkiem, który będzie musiał brać do końca życia jakieś tabletki. Fakt też był taki, że regularnie chorowałem, dotykały mnie jakieś infekcje, rok wcześniej z powodu nowotworu zmarł mój ojciec, po poukładaniu wszystkich tych faktów w odpowiednim porządku miałem bardzo wysoką motywację aby „zmienić swoje życie”. Nie chciałem stosować kolejnej diety cud, tylko zająć się tematem kompleksowo. I teraz żałuję, że wtedy nie udałem się do dobrego dietetyka czy psychodietetyka, skróciłoby to moją drogę do sukcesu.

     Cel miałem jasny, zrzucić balast, który hodowałem latami, na który nie zwracałem tak dużej uwagi. Poczytałem trochę i zdecydowałem się na dietę ketogeniczną, która wg wszelkich źródeł była bardzo skuteczna i wcale nie tak niezdrowa jak niektórzy głosili. Promotorem takiego stylu odżywiania był dr Dukan. Jego zalecenia trochę zmodyfikowałem, dodałem dużo nisko-węglowodanowych warzyw i tak zaczęła się moja przygoda z chudnięciem. Byłem tak zmotywowany, że nie było żadnych wyjątków, żadnego chleba, makaronu, wafelka, keczupu, nic co ma węglowodany. Jedyne źródło węglowodanów w śladowych ilościach dawały mi warzywa. Efekty mnie nakręcały, po 4 miesiącach stanąłem na wadze i zobaczyłem 79,8kg, tak, 39kg mniej. Wtedy pomyślałem sobie - mission complete. Wiedziałem, że z takich diet wysoko białkowych trzeba stopniowo wychodzić, bo organizm jest strasznie wygłodzony i wręcz wrzeszczy aby zjeść jakieś węglowodany. Stan ketozy też nie jest zbyt optymalny dla człowieka, ćwiczyć za bardzo nie można bo nie ma siły, śmierdzi z gęby, ma się zaparcia, nerki zaczynają boleć, generalnie nie jest to nic zdrowego. Ale mnie to nie zrażało, nakręcały mnie liczby na wadze. Po osiągnięciu 79kg zacząłem włączać powoli węglowodany. Po kilku dniach włączanie zamieniło się we wrzucanie, po prostu nie da się powstrzymać od uczucia głodu spowodowanego przerwaną ketozą.

     Wakacje 2011 udało się jeszcze przetrwać z 8-semką z przodu, ale już po wakacjach było 94 kg. Wiedziałem już wtedy, że takie chudnięcie to był błąd, dzisiaj po tych 5 latach wiem, że to był dość duży błąd. Zacząłem interesować się dietetyką, tym co zjadam, jak to działa na organizm. Przeczytałem ponad 30 książek o odżywaniu, o badaniach naukowych. Były to pozycje czasami też głoszące skrajne poglądy takie jak dieta paleo (dieta oparta na głównie na mięsie) czy witarianizm (dieta oparta na niepodgrzanych roślinach). Te 5 lat nauczyły mnie tego, że każdy jest inny, że nie ma jednej recepty dla każdego na zdrowie. Ja sobie miesiącami testowałem różne opcje, doszedłem w końcu do tego, że wykluczyłem z mojej diety produkty mocno przetworzone, dosładzane, oraz mięso. Nadciśnienie zniknęło, wyniki krwi są w normach, samopoczucie się znacznie poprawiło, senność i wieczne zmęczenie odeszło w niepamięć. Waga od wielu miesięcy stoi na 84kg (16% tkanki tłuszczowej). Chodź chciałbym wyglądać trochę inaczej, pozbyć się jeszcze kilku kg tłuszczu to nie jest to już moim obsesyjnym celem.

     Po tych 5 latach jestem pewien, że nasze nawyki żywieniowe nie są już takie jakie wynosi się z rodzinnego domu, jakie przekazuje matka na córkę. Nasze nawyki, są teraz kreowane przez wielkie firmy, które pompują w nas cukier i tłuszcz, które żerują na naszych podstawowych instynktach przetrwania. Ulegamy pokusie łatwo dostępnego i smacznego jedzenia, nie zastanawiając się jak ono na nas wpływa. W starciu z wielkimi laboratoriami badawczymi, z armiami chemików jesteśmy po prostu bezbronni. I to, że ktoś jest otyły czy gruby wcale nie oznacza, że jest głupi czy lekkomyślny. Tak jak wspomniałem, każdy z nas jest inny i w różny sposób reaguje na to co zjada, czasami mamy większe życiowe zmartwienia niż to co kładziemy na talerz, a często po prostu jesteśmy nieświadomi tego co się kryje w danym daniu.


     Dlatego uważam, że każda dieta musi najpierw zacząć się w głowie a dopiero potem w kuchni. Warto najpierw poukładać sobie myśli a potem dopiero siadać do stołu. Jeżeli nie mamy czasu czy chęci na samokształcenie w temacie jedzenia, warto udać się do dobrego dietetyka, będą to jedne z lepiej wydanych pieniędzy w naszym życiu.

niedziela, 22 maja 2016

Grubas zawsze będzie grubasem


     Jest kilka takich momentów w roku, kiedy kobieta stwierdza, że musi pozbyć się kilogramów i wyglądać znowu jak za czasów liceum kiedy mając 15 lat biegała całe dnie po dworze, jeździła na rowerze, tudzież coś trenowała. Dlaczego piszę, że kobieta? Bo głownie kobiety wpadają na pomysł poprawienia estetyki, faceci chcą chudnąc z innych powodów, ale o tym kiedy indziej.

     No więc, mamy 1 stycznia. W nowym roku nowa ja? Taki *UJ! Nic się nie zmieni ani w styczniu, ani w lutym. Dlaczego? Bo nowy rok zaczyna się za rzadko. Jeżeli rok trwałby miesiąc, tudzież dwa tygodnie, to być może miałoby to sens powodzenia. Ale z drugiej strony patrząc, dlaczego ludzie nie mają postanowień nowo miesięcznych? Bo w podświadomości sami siebie okłamują, bo nie chcą się męczyć co miesiąc. Bo tak naprawdę ludzie chcą dobrze wyglądać, ale nie chce im się tego osiągać.

      Pierwsze słońce, zazwyczaj okolice maja, dopada nas myśl o wakacjach. Lato? Wakacje? No to plaża. No ale ta opona na brzuchu? Trzeba zrzucić. I tu pojawiają się niesamowite pomysły. Albo z googla, czasami naśladujemy kogoś kto schudnął, wykupujemy diety pudełkowe. Oczywiście wszystko to gówno nam da, nawet jeśli pokonamy nasze rządze jedzenia ciastków, pokonamy masakryczne uczucie głodu, będziemy się powstrzymywali przed wyjściami ze znajomymi, na grillach będziemy zajadali się śliną, to i tak na końcu zasoby sadła będą takie jak na początku. Dlaczego? Bo wszelkie „diety odchudzające” działają tylko na chwilę. Grubas to grubas, zjeść lubi, a jak coś lubi to może odpuścić na tydzień czy miesiąc ale nie na zawsze. Prędzej czy później, grubasa dopadnie zły dzień, ktoś go wkurzy w pracy, coś mu nie pójdzie i koniec. Kilogramy będą wracały w tempie geometrycznym.

      Ślub! Ślub już niedługo! Jak ja wejdę w kieckę? Ślub to mocna motywacja dla kobiet, trzymają się założeń jak rzep polara. Ale zazwyczaj w dniu wesela dieta jest uważana za zakończoną. Do wagi wraca się tyle czasu ile się chudło, jeżeli dieta była nagła, drastycznie ograniczyła nasze kalorie to w dniu zwrotnym pojawia się taki głód, że jedzenia już się nie da zatrzymać. Organizm zmusza nas do jedzenia, bo musi odrobić ogromną krzywdę jaką mu zaserwowaliśmy głodówką. Wraz z ilością jedzenia pojawiają się wyrzuty sumienia. Wkurza nas że nie wytrzymaliśmy, że ulegliśmy, że znowu jesteśmy grubasami. Ten dół zajadamy albo od razu, albo jeszcze przez kilka dni zachowujemy resztki pozorów. Prędzej czy później nażreć się musimy. Doskonałe okazje ku temu to: zły dzień w pracy, idziemy do kina, znajomi zapraszają na imprezę, trzeba zajeść kaca tłustym, to tylko jedno ciastko, dzisiaj folguję – ale od jutra…

      Jak przestać być grubasem? Trzeba zacząć od wypędzenia grubasa z głowy. Odchudzając się nie schudniemy na dłużej. Musimy otworzyć głowę na wiedzę, dowiedzieć się co jemy i jak to na nas wpływa. Poznać pułapki jakie na nas czekają w produktach przetworzonych. Nie zaczynać od głodówek, tylko od małych zmian. Być cierpliwym. Wyznaczyć sobie cele. Jasno określić dlaczego chcemy to robić, musimy przekonać samych siebie.

      Jak ja zaczynałem moją przygodę w wypędzaniem grubasa z głowy napiszę w następnym wpisie.

poniedziałek, 16 maja 2016

Gdański maraton na przypale.




To było jakoś chyba w listopadzie, ponury wieczór, znowu poczułem małego głoda biegania po letnim zamulaniu. Odpaliłem neta, znalazłem maraton w Gdańsku, od razu się zapisałem i wpłaciłem kasę.
Cel był określony, 3jka z przodu. Aby to osiągnąć ułożyłem sobie plan treningów (3 w tygodniu plus trening uzupełniający) i postanowiłem zredukować wagę na 75-77kg. W listopadzie waga wskazywała 84kg.

Treningi szły wzorowo, bez żadnych wymówek realizowałem dni długich interwałów, weekendowe dłuższe wybiegania i swobodne biegi regeneracyjne. 

Wszystko legło w styczniu.
Jak wiadomo w styczniu większość ludzi doznaje opętania przez postanowienia noworoczne, więc musi nawymyślać jakichś głupot aby stać się lepszym i w ogóle. Ze mną było podobnie. Pech chciał, że jakoś byłem świeżo po lekturze dwóch książek o witarianiźmie (surowa dieta owocowo warzywna). Książki lekko fanatyczne no ale wiadomo, styczeń, postanowienia, trzeba testować.

No i tak testowałem, jadłem banany, jabłka, gruszki kilogramami, z trudem dociągałem do 2000kcal dziennie bo nie byłem w stanie przejeść takich ilości zielska. Efekt bym z goła odwrotny niż w książkach pisali, nie było euforii, super energii. Było osłabienie, brak energii, humoru, generalnie do dupy. Podczas tego eksperymentu oczywiście cały czas próbowałem biegać. Nie szło to najlepiej, totalny brak sił.

Witarianizm pożegnałem z wielką euforią gorącą michą ryżu z warzywami i tofu, próbowałem nadrobić osłabienie ale niestety dopadła mnie jakaś infekcja dróg oddechowych. Efekt był taki, że pierwszy raz od ponad 10 lat musiałem sięgnąć po antybiotyk i przerwać bieganie na 3 tygodnie lecząc ostre zapalenie zatok.

Po wyleczeniu się, treningi nie szły tak fajnie jak w grudniu, byłem wkurzony tym, że mój super plan został przerwany i że brak mi mocy i motywacji do treningów. Waga spadła do 81kg ale na krótko, po 3 tyg. znowu było 84kg i tak już zostało do dnia startu z małymi wahaniami.

Zastanawiałem się czy jest sens brać udział w tym maratonie, debiut na tym odcinku już miałem przed rokiem, przeczłapałem na 4h 34min więc po co znowu to robić? Miała być 3jka z przodu a po moich treningach i motywacji nie dało się tego zrealizować.

Tak się biłem z myślami i w końcu wymyśliłem, żeby przetestować metodę Gallowaya w maratonie. Plan był prosty, po każdym parzystym kilometrze robię minutę przerwy na marsz. To miał być cudowny środek ukończenia maratonu w czasie około 4h 15min.

Dwa tygodnie przed maratonem miałem długie 30 kilometrowe wybieganie. Na 28-smym przyszło znane uczucie z maratonu, brak mocy, spłycony oddech i walka żeby utrzymać bieg. Wtedy już wiedziałem, że maraton w Gdańsku to nie będzie takie fiku miku.

Tydzień przed, już byłem w fazie odpoczynku, odkurzyłem mój rowerek szosowy i postanowiłem sobie zrobić małą wycieczkę spokojnym tempem. Wyszło 100km ze średnią 22km/h, co jak na rower szosowy jest tempem spokojnym. Samopoczucie było super, ale... ale coś mnie zaczęło mrowić i boleć w stopie.
Zbagatelizowałem to odczucie lekkiego przeciążenia.

W środę przed maratonem miałem w planie 6km truchtu w celu rozruszania nóżek. No i ubiegłem z 500m i wróciłem do domu, ból stopy nie odpuszczał, wręcz się nasilił.
Występ w Gdańskim maratonie stał się wielką niewiadomą. No ale bilety na pociąg kupione, wszystko zorganizowane, co robić? Zapadła decyzja, że jadę i najwyżej zejdę z trasy jak ból będzie dokuczał.

W międzyczasie ułożyłem sobie strategię odżywiania. Z poprzedniego maratonu i dłuższych wybiegań wyciągnąłem wniosek, że jeden żel na 10km to jakby mało, bo po 5km od wzięcia żelu pojawia się już pustka w żołądku i chęć zjedzenia następnego. Sugerowałem się też bardziej doświadczonymi biegaczami, którzy wciągają żel co 10km, ale u nich jest to co 35-40min a nie jak u mnie co 60.
Plan był taki, rano 2h przed startem 2 kajzerki z dżemem, godzina do startu baton energetyczny, 5min przed startem 100mg kofeiny i 20g cukru, żele na 5, 15, 25, 35km i dodatkowo na 20 i 30km 100mg kofeiny z 20g cukru. Kofeinę miałem w postaci tabletek rozpuszczalnych w wodzie i do tego dodawałem 4 łyżeczki cukru co się ładnie rozpuszczało w 100ml wody.



Do Gdańska dotarliśmy sprawnie i szybko pociągiem, odbiór pakietów był w halach expo, nie było z tym żadnych problemów, zero kolejek, nawet się zdziwiłem, że tak mało ludzi tam było. Do końca nie wiem czy to były jakieś takie targi, jak przed każdym większym biegiem, ale całość w tych halach prezentowała się bardzo mizernie. Wielkie ponure hale, na środku kilka stoisk, w hali obok plac zabaw dla dzieci i meta biegu.
W zasadzie jedyne co się tam działo to bieg dzieciaków. Na stanowisku Garmina chciałem pomacać nowe dzieło, model Vivoactive. Niestety znudzony pan powiedział, że nie ma go, jest tylko "to co widać" a widać było 4 czy 5szt wyłożonych zegarków.

W sobotę wciągnąłem pół pizzy na obiad, makaron na kolację i udałem się do krainy snów około godziny 23.

Pobudka 6:30,
7:00 kajzerki zgodnie z planem.
7:40 wyjazd samochodem w kierunku startu. W tym miejscu należą się wielkie podziękowania dla "teściów" za logistyczne ogarnięcie transportu. Z niewielkimi problemami ale docieramy na start. Przedstartowy czas umiliło spotkanie ze znajomymi z Gdyni, którzy specjalnie przyjechali mi pokibicować. Wielkie dzięki!

9:00 strzał wykonany przez prezydenta miasta. No ale, to nie strzał dla mnie tylko dla pierwszej fazy. Organizatorzy podzielili start tak jak na biegach kilkunasto-tysięcznych, a w Gdańsku pobiegło zaledwie 1561 osób.
Plan miałem taki - "lecę w tlenie" tempem 5:50min/km co z przerwami regeneracyjnymi na marsz daje mi około 6:00min/km średniej. Na mecie mam zamiar zobaczyć wynik około 4h 20minut. Ustawiam się w strefie 4:30, lubię ustawiać się w gorszej strefie niż mój docelowy czas jak nie ma mega tłumów, wyprzedzanie ludzi dodaje mi powera, tak ma być też tym razem.

9:06 strzał dla mojej grupy. Lecimy, w przenośni i dosłownie. Grupa 4:30 ruszyła w tempie około 5:00, po pierwszym zakręcie zwalniam na moje założone 5:50min/km, wszyscy mnie wyprzedzają, jak to mówię, nawet "dziadki z bypassami po przeszczepach". No nic, robię swoje, jeszcze ich dojdę.
Po dwóch zakrętach wbiegam tunelem na murawę stadionu. GPS w zegarku powiedział mi, że "on sie tak nie bawi i nie wie o co chodzi". Wybiegam ze stadionu, jest flaga na 2km, na zegarku 1,78km i tempo ponad 7:00min/km. Od tej pory nie wiem jak szybko biegnę, więc przechodzę na pomiar intuicyjny, biegnę tak aby było komfortowo. Po 3km mówię do mojej stopy, że jak zacznie boleć to ma wp***, no i nie zabolała aż do mety. :)



Na 5tym kilometrze czas na zegarku 30minut. Czyli intuicja nie zawiodła, biegnę zgodnie z planem około 6:00min/km. Miałem wciągać żel, ale byłem tak pełny, że odłożyłem to na 2km później.

Dobiegamy do Europejskiego Centrum Solidarności, atrakcją jest to, że wbiega się do budynku i choć przez chwilę zwiedza piękne wnętrza. Pod koniec zwiedzania, mój zegarek ponownie do mnie krzyczy, że nie wie gdzie jest bo zgubił sygnał GPS. Od tej pory jedyne na co patrzyłem to czas na bramkach co 5km. Na starówce zaczynają się drogi z kocich łbów, wykręca trochę kostki, ludzie wbiegają na chodniki.



Na ul. Długiej było trochę ludzi, turystów, klaskali, pozdrawiali. Wybiegam ze starego miasta mijam bramkę na 10km, czas 59min. W głowie radość, noga nie boli, czuję się super, czas zgodny z planem, robię swoje.



Następne 10km to prosta 3 pasmowa ulica, jeden pas wydzielony dla maratonu na pozostałych korek samochodów. Biegnę pod wiatr z lekkimi podbiegami, staram się osłaniać innymi biegaczami, ale cały czas wiatr wieje i popaduje deszcz. W okolicy Galerii Bałtyckiej tuż przede mną spada wielka gałąź z drzewa i roztrzaskuje się o asfalt, robi się ciekawie.

W końcu jest skręt w prawo i punkt na 20km, czas 2h 1min. Jest nieźle, wiatr mnie trochę spowolnił, ale nie ma tragedii. Na 21km stoi moja ekipa kibiców i podają mi miksturę z kofeiną. Wciągam i lecę dalej. Teraz wieje w plecy, biegnie się nieźle.

Na 25km nawrót i mijam kolejnych moich kibiców, których serdecznie pozdrawiam. 25km to też pora na żel. Wciągam i biegnę dalej, znowu pod wiatr, który jest jeszcze mocniejszy niż na ul. Grunwaldzkiej. Dodatkowo przychodzi mała ulewa, która wali mi lodowatą wodą po głowie. Mało szczęśliwy z pierwszymi oznakami zmęczenia biegnę dalej.

30km za mną, czas 3h 5min. i koniec sił. Galloway mnie oszukał ;). Zazwyczaj do 30km dobiegam jako-tako a potem jest już koniec bajki, teraz było tak samo, przerwy na marsz nic nie dały. Otrzymuję miksturę z kofeiną od mojej żonki Ewy i info, że dołączy do mnie na 35km, aby mnie wspierać.

Człapię zblazowany przez jakiś park ścieżkami dla rowerów. Z braku mocy od 28km zwiększyłem częstotliwość przerw na marsz, teraz robię 100m przerwy po każdym pełnym kilometrze. Mijam w parku ludzi, którzy generalnie mają gdzieś ten cały bieg. Wkoło mnie kilku biegaczy, którzy stękają i sapią jak dożynane świniaki, chyba czuli to co ja.

Na 34km dołącza do mnie Ewa, teraz już nawet nie mam siły na to aby przebiec te 900m do następnej flagi, nie bardzo wiem czy bardziej nogi pieką jak idę czy jak biegnę, obraz nędzy i rozpaczy. Ewa mnie pociesza, że już niedaleko, no ale to było jeszcze 7km do mety.

Na 35km miałem czas 3h 40min, to oznacza, że ostatnie 5km zrobiłem w 35min, a ostatnie 7,2km zajęło mi dokładnie 55min. Ciężko to już można było nazwać biegiem, podbiegałem od znaku do znaku i cierpiałem. Widok podbiegu na moście też mnie nie pocieszył. Przed mostem dwójka biegaczy rezygnuje i idzie na skróty do mety. Kilometr później pogotowie wiezie na quadzie nieprzytomnego gościa. Myślę sobie, choćbym miał na rękach iść to dotrę do mety. No i docieram w 4h i 35min.



Wbiegłem do ponurej hali z metą, wykonałem podskok radości resztką sił, podszedłem do ludzi, którzy rozdają medale. Jakoś mnie nie zauważyli bo byli chyba znudzeni już tym całym rozdawaniem medali. Po puknięciu w ramę otrzymałem swoją stalową wstążkę.

Czy jestem zadowolony? Jestem, z tego że dobiegłem, z tego że nabrałem cennego doświadczenia. Jak to mówią - "znajomych oszukasz, trenera oszukasz, ale maratonu nie oszukasz". Jedno jest pewne, nigdy sobie już takiej krzywdy nie zrobię i nie wezmę udziału w maratonie tak nieprzygotowany.

Żaden Galloway, żele, diety i inne cuda nic nie dadzą, jeżeli nie będzie solidnego treningu przygotowawczego. Tym, którzy nigdy tyle nie przebiegli, ten czas może imponować, Ci co biegają po 2-3h w maratonie pewnie pojawił się uśmiech pod nosem jak to czytali. Mistrzem w maratonie nigdy nie będę, jedynie mogę zostać mistrzem samego siebie, ale to temat na oddzielny wpis.

Po biegu udaliśmy się z moją grupą wsparcia na makaron i lody na miasto. Na lodach dopadła nas ulewa, trochę mnie wymroziło, dopadły mnie jakieś dreszcze. W drodze powrotnej pociągiem do domu czułem się jakby co chwila mnie ktoś polewał wiadrem raz z gorącą wodą potem z lodowatą. Byłem głodny, ale jak myślałem o jedzeniu, to robiło mi się niedobrze.

Nie wiem jak, ale jakoś dotarliśmy do domu przed północą, z wielkim bólem głowy umarłem w łóżku. Nigdy więcej takich przypałów...